Hej hej!
Do kulturalnej sekcji na ajce i serii "filmowo" postanowiłam dorzucić nową - "książkowo". Tytuł mówi sam za siebie - pisać będę o przeczytanych książkach, oczywiście poza lekturami (chyba, że jakaś wybitnie mnie wciągnie i wejdzie do mojego osobistego kanonu zajebistości - w tym przypadku znajdę dla niej miejsce na blogu).
Zanim zaczniemy, opowiem wam jeszcze, czym się kieruję przy wyborze pozycji. Książki kupuję bardzo rzadko, za to bardzo często odwiedzam bibliotekę i to właśnie stamtąd pochodzi większość czytanych przeze mnie tytułów (z dzisiejszym włącznie). Jeżeli myśleliście, że polecę wam jakąś stronę, z której czerpię informacje, recenzje i opinie na temat autorów i ich dzieł, byliście w dużym błędzie. Niemal zawsze sięgam na półkę na chybił trafił i wybieram to, co w jakiś sposób zainteresuje mnie opisem z tyłu bądź innymi ozdobnikami. Powiem jednak otwarcie, że bardzo często sięgam po literaturę amerykańską, a moim ulubionym gatunkiem jest wszystko to, co mieści się w szeroko pojętym kryminale, detektywistyce, thrillerze i akcji.
Po tym przydługim wstępie przejdę wreszcie do rzeczy i podzielę się z wami przemyśleniami na temat książki autora (o dziwo) nieamerykańskiego. Przed wami Graham Masterton i "Czerwone światło hańby".




