30 sierpnia 2014

moja kolekcja lakierów

Hej hej!

Dziś dość długi post, w którym przedstawię wam zawartość mojej lakierowej szuflady - powiem, które lakiery są fajne, które nie, których używam często, a których wręcz przeciwnie. Zapraszam! *od razu przepraszam za zdjęcia, aparat został skradziony przez rodzinkę na wakacje i zostałam z telefonem, który swoje czasy świetności ma dawno za sobą :(*


Nr 1 to dobrze wszystkim znana odżywka Eveline - w tym przypadku jest to wersja diamentowa, która wg mnie jest dużo fajniejsza od swojej siostrzanej wersji 8w1. Zawiera formaldehyd, na który moje paznokcie nie reagują, ale chociażby A. musiała ją odrzucić właśnie ze względu na ten składnik.


Nr 2 to matowy top coat z drobinkami brokatu od Wibo (nr 2). Jest baaaaardzo delikatny, piękne wygląda na jasnych lakierach, np. na miętowym. Zakochałam się w nim.


Nr 3 to kolejny top coat, tym razem od Essence. Nail art special effect! topper (23 million dollar baby) to top w odcieniach różu, fioletu i złota - jest naprawdę śliczny, ale mało nasycony, więc nałożenie satysfakcjonującej mnie ilości sprawia, że paznokieć ma jakieś pół centymetra grubości.


Nr 4 to jeszcze jeden top coat - znów od Essence, znów nail art special effect! topper, tym razem w odcieniu 02 circus confetti. Jest absolutnie genialny - ma w sobie pełno drobinek, więc w przeciwieństwie do swojego seryjnego kolegi, dużo lepiej się go rozprowadza. No i wygląda niezwykle efektownie.


Nr 5 to biały lakier z serii Extreme Nails z Wibo (nr 25). Wcześniej miałam chyba ze 3 razy dość popularny w niższej półce cenowej biały lakier z Lovely, ale za każdym razem potwornie szybko mi gęstniał. Jak na razie jestem z niego zadowolona.


Nr 6 to absolutnie najpiękniejszy i najcudowniejszy nudziak, jaki kiedykolwiek miałam w swojej kolekcji. Mowa o Golden Rose i serii Color Expert w kolorze 06. Idealnie dopasowuje się do mojej skóry, trzyma się długo, no i jeszcze w mig wysycha. FAVE ♥


Nr 7 - kupiony w małej drogerii podczas wyjazdu na działkę srebrny lakier marki Ingrid. Gdy go kupowałam, nie zwróciłam uwagi na fakt, że jest to lakier magnetyczny. Był do niego dołączony magnes (który od razu zgubiłam, #typowaK.), ale nie była to wielka strata, jako że magnetyczny jest tylko z nazwy. Kupiłam go, bo zachciało mi się srebrnych paznokci. No i mam bardzo ładny, metaliczny lakier. 


Nr 8 - najzwyklejszy czarny lakier z Miss Sporty (nr 080). Szybko schnie, nie trzyma się fenomenalnie długo sam, ale ja zazwyczaj używam go do zdobień, w tej roli sprawuje się bardzo dobrze.


Nr 9 to najpiękniejsza, klasyczna czerwień - Golden Rose Rich Color (nr 29). Świetnie kryje, bardzo szybko schnie i trzyma się długo. Jedyny zarzut - farbuje paznokcie. Warstwa odżywki pod lakier załatwia sprawę.


Nr 10 to koralowołososiowy lakier z Manhattanu z serii Lotus Effect (43K). Nieźle kryje, ma naprawdę ładny kolor, szybko schnie, ale już tego samego dnia końcówki są starte i lakier nadaje się do zmycia. 


Nr 11 - kurczaczkowy żółty z Miss Sporty (nr 453). Na paznokciach wygląda przedziwnie, poza tym smuży przy aplikacji i długo schnie, więc używam go do zdobień. I jest ok.


Nr 12 albo się kocha, albo się nienawidzi. Długo szukałam, aż w końcu znalazłam go w serii Summer Extreme Nails w szafie Wibo (nr 484). Taki zielonożółty kolor mi podoba się baaaaaardzo, A. wręcz przeciwnie. Ten konkretny szybko schnie, więc 3 warstwy potrzebne na jego krycie nie bolą aż tak bardzo. No i nie odpryskuje zbyt szybko. 


Nr 13 to maleństwo Miss Selene z Golden Rose w kolorze 253, czyli moja perfekcyjna mięta. Rozbielona zieleń bez domieszki niebieskiego - yes, please! Z tą serią jest różnie - albo coś jest super (schnięcie, krycie, trwałość), albo beznadziejnie. Ten egzemplarz należy do pierwszej kategorii. I kosztuje 1,50 zł. Czego chcieć więcej?


Nr 14 to najnowszy nabytek, a dokładniej prezent. Lakier z Miss Sporty w kolorze 544 jest prześliczny, bardzo dobrze kryje i dość szybko schnie. Jedyne co, to że nie wytrzymuje szorowania patelni po bracie, chociaż takiego wyczynu dokonuje mało który lakier.


Nr 15 - błękitny Rimmel 60 seconds w kolorze 842 too cool to tango (dlaczego wszystkie lakiery nie mają takich nazw, jak to robi Rimmel czy Essie?:( ). Dobrze kryje, choć zdarza mu się nieco zasmużyć. Szybko schnie i nieźle się trzyma. Zwykły lakier.


Nr 16 - matowy granat prosto z Francji. Dostałam go od dziewczyny z wymiany. Kiko Denim w kolorze (najprawdopodobniej) 35 błyskawicznie schnie i fenomenalnie kryje. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to jego mat - na końcówkach dość szybko się ściera i mamy matowe paznokcie z satynowo-błyszczącymi końcówkami. Tak czy inaczej, lubię go.


Nr 17 to kosmiczny granat z milionem fioletowych i srebrnych drobinek z Manhattanu (seria Colour Land, niby limited edition, nwm jak to z nim jest, dostałam go w prezencie - w każdym razie kolor to nr 1). Szybko schnie, dobrze kryje, ale tak jak swój brat z serii Lotus Effect bardzo krótko się trzyma. Albo lakiery z Manhattanu są tak słabe, albo to ja jeszcze dobrze nie trafiłam. :(


Nr 18 - jeden z moich ulubieńców - Golden Rose Rich Color (nr 38). Idealna mieszanka fioletu i niebieskiego z kroplą szarości, genialny lakier. Długo się trzyma, szybko schnie, pięknie wygląda, no same plusy!


Nr 19 i ostatni - 1033 Go Ginza by Essie. Kolor jest absolutnie przecudny, liliowo-różowy, w akcji mogliście go zobaczyć w tym poście na dłoniach A. Moja wersja to ta z cienkim pędzelkiem. Lakier nie jest aż tak fenomenalny jak bym chciała, nie wiem czy to kwestia tego koloru, czy po prostu Essie nie jest dla mnie.

To tyle. Moja kolekcja od pewnego czasu zawiera tylko te kolory, które mi się podobają. Systematycznie wyrzucam stare egzemplarze, a gdy kupuję nowe, to wybieram tylko te, do których jestem na 100% przekonana.

A jak jest z Wami? Nudziaki czy neony? Piszcie!

Love you,
K.

16 sierpnia 2014

school makeup

Hej hej!
W związku z tym, że początek roku szkolnego zbliża się nieubłaganie (omg czemu:( ), już niedługo wszyscy będą się starać wyglądać jak najlepiej. Szczególnie przy zmianie szkoły, jak w naszym przypadku. Będziemy się starać zrobić jak najlepsze wrażenie na nowych kolegach i koleżankach. Tak więc dzisiejszy post dotyczy tego, jak przy minimalnym wysiłku wyglądać jak najlepiej. Ostatnio zauważyłam, że pomimo szuflady pełnej kosmetyków, używam w porywach połowy, a podczas takiego "szkolnego" makijażu, gdzie staram się zakryć niedoskonałości, podkreślić oczy i w 5 minut wyjść, ich zakres jeszcze bardziej się zwęża. Przechodząc do meritum - dziś pokażę wam, jakich produktów najczęściej używam i które tworzą nam podstawę do dalszego zbierania kolekcji.
Zdjęcia dzisiaj udało mi się w końcu zrobić aparatem, ale on nie ogarnia światła, więc niektóre z nich wyszły jaśniejsze, a inne ciemniejsze. Musicie mi to wybaczyć. :)

W moim przypadku najważniejszą rzeczą jest przykrycie moich (niestety dość licznych w ostatnim czasie) niedoskonałości. Używam do tego małego, języczkowego pędzelka (btw przeznaczony jest on do oczu, szukajcie wielofunkcyjnych zastosowań!) i kamuflażu z catrice. Mój jest w odcieniu 002 Light beige i idealnie mi pasuje. Mam go od połowy lutego i zużycie jest znikome, więc jest bardzo opłacalny, tym bardziej że kosztuje 10-15 zł.
Jeżeli wasza cera nie potrzebuje krycia - pomińcie ten krok. Im mniej tapety, tym dla niej lepiej  :)


Żeby cerę dodatkowo zmatowić (co jest dla mnie równie ważne, jak przykrywanie niespodzianek) używam pudru z manhattanu, o którym miałam okazję mówić już w tym poście. Według producenta kolor to NATURAL 1, ale (przynajmniej w swoim przypadku) nie widzę żadnego krycia.


Następne będą brwi - coś, co zaczęłam doceniać dopiero w tym roku. Wyregulowane, delikatnie podkreślone (broń boże zbyt ciemne/grube, dziewczyny, proszę!) dodają uroku i sprawiają, że cała twarz wygląda lepiej. Do niedawna używałam do tego brązowej kredki z miss sporty, teraz testuję kultowy już color tattoo w kolorze 40 - permanent taupe od maybelline. I powiem wam, że szykuje się ulubieniec roku.


Na koniec tuszujemy rzęsy ulubionym tuszem i możemy wychodzić. Niegdyś malowałam rzęsy codziennie, ale pod koniec roku szkolnego porzuciłam ten zwyczaj i przez (prawie) całe wakacje nie tuszuję rzęs. Ani nie nakładam tapety. Straszę au naturel. :D Maskarami, które cenię najbardziej i często używam, są pump up booster od miss sporty (fioletowa, nie pomarańczowa - ta druga nabiera straaasznie dużo tuszu i trzeba wycierać szczoteczkę o chusteczkę - wiem, bo mam), growing lashes od wibo i the colossal volum' express od maybelline. Wszystkie pięknie rozczesują rzęsy, nie robią pajęczych nóżek ani nie pozostawiają grudek.


Jeżeli czujemy się super fancy, możemy pomalować oczy cieniem (polecam te w kremie - trzymają się i nic ich nie ruszy, np. wcześniej wspomniany color tattoo, w moim przypadku jest to kolor 35 - on and on bronze) lub zrobić sobie kreskę. Moim ukochanym od paru lat jest ten z wibo. Kruczoczarny, z wygodnym pędzelkiem, trzymający się naprawdę dobrze i śmiesznie tani. Czego chcieć więcej?



To samo dotyczy ust - zazwyczaj trzymam w torbie/kieszeni wazelinę poziomkową flos-leku, która ratuje moje suche wargi (szczególnie od kiedy mam aparat :( ), a kiedy chcę być supercool, używam błyszczyka ub pomadki wibo eliksir, która nawilża usta, a kolor, który na nich sobie fundujemy, zjada się równomiernie. Jak na razie zafundowałam sobie te o numerkach 03 (fuksja) i 09 (śliwka/wiśnia) Takie intensywne kolory najlepiej nakładać oszczędnie i wklepać palcem, by widać było tylko mgiełkę koloru, która nie będzie zbytnio rzucać się w oczy. Ukochanym przeze mnie błyszczykiem jest ten z manhattanu (kupiony online) w kolorze 530, który pachnie melonem i ma przecudny, koraloworóżowy kolor. W mojej kolekcji mam także absolutnie nudziakowy błyszczyk lip sensation z wibo, którego na nowo odkrywam.


I to by było na tyle. Malujecie się do szkoły, czy preferujecie naturalny look? Według mnie trzeba znaleźć złoty środek - odrobina makijażu, by upiększyć siebie, a nie stworzyć siebie na nowo.
Jutro rano wyjeżdżam rano i aż do niedzieli mnie nie ma, więc bardzo liczę na A, która z kolei dołącza do mnie we wtorek. Po naszych tripach możecie liczyć na przypływ zdjęć i dobrej energii = wielu wpisów.

Love you,
K

10 sierpnia 2014

roomspiration #1

Hej hej!

W związku z tym, że mój pokój już prawie cały opustoszał i jutro zaczynamy malowanie, dzisiaj garść inspiracji okołoremontowych właśnie.

Ale najpierw jedna z miliarda historii życia, które wciąż mi się zdarzają. Po zakupie farby, która wyglądała na ładną miętę w sklepie, wróciłam do domu i przyłożyłam nowy kubeł do starego, w którym wciąż została resztka sprzed 3 lat. I co? Kolory były do siebie tak łudząco podobne, że aż mnie dreszcz przeszedł i ze łzami w oczach widziałam w wyobraźni zielonożółty kolor ścian. Brrrrrrrr. Więc telefon do sklepu "halo dzień dobry czy problemem jest zamienić bądź oddać farbę?". No i się okazało, że takowego problemu nie ma. Także dyskusja z rodzicami (przez telefon, bo relaksowali się na działeczce) o zmianie. Tatunio ma absolutnie wylane na to, jakie kolory sobie wybiorę. Schody zaczęły się z mamą. Że jak to, że co, że dlaczego i że po co. No ale trudno, z wielkim bólem serca zgodziła się, więc kolor będę wybierać w dniu malowania. YOLO.

Wracając do tematu posta - zdjęcia zbierałam już od miesięcy, szukając inspiracji. Czy ją znalazłam? Wątpię. Ale tak czy inaczej, ładne wnętrza zawsze można sobie pooglądać. Prawda? :)

*UWAGA - dużo zdjęć - post kilometrowy!*

(źródło - google grafika, weheartit.com, tumblr.com)









Koloru jeszcze nie wybrałam. Ale jeżeli efekt końcowy ze wszystkimi pierdółkami na komodzie, światełkami itd będzie mi się podobał bardzo bardzo, to zrobię kilka zdjęć (albo zatrudnię do nich A.) i pokażę Wam.
A tymczasem do napisania.

Love you,
K.