Hej hej!
Gdy czytacie ten post, to jestem albo wciąż w drodze do Kolonii, albo już
dotarłam na miejsce. Wraz z rodzicami zdecydowaliśmy się na spontaniczny
wyjazd, więc ten i kolejny wpis (mam nadzieję, bo planuję takie coś pierwszy raz) doda się z automatu :). A jego
bohaterem jest mój ukochany od momentu zakupu rozświetlacz marki My
Secret. Jeśli jesteście ciekawi, za co go pokochałam, zachęcam do
dalszej lektury!
Zacznę od garści informacji o produkcie. Jest dostępny w szafach marki (ja akurat kupiłam go w Naturze), kosztuje ok. 15 zł i mieści w sobie 7,5g rozświetlacza idealnego. Dlaczego tak się nad nim rozpływam? Ano już wam mówię. Ma przepiękny, beżowy odcień, nie za biały lub żółty, przez co wygląda bardzo naturalnie. Ponadto daje efekt niemal mokrej skóry, tafla pięknie odbija światło nie przez drobinki, a przez złudzenie naturalnego blasku. Ma przyjemną, miękką (ale nie do przesady) formułę, która nieco się pyli, ale jest to ledwie zauważalne. Używanie go to czysta przyjemność, i naprawdę nie widzę sensu dalej się nad nim rozwodzić. Jeżeli macie okazję, łapcie go nawet bez promocji, a stanie się i waszym świętym graalem! Tym bardziej, że gramatura jest naprawdę ogromna i nie widzę możliwości wykończenia go do cna, nawet przy codziennym używaniu nie tylko na twarz, ale i np. w kącikach oczu czy pod brwiami.
Jak widzicie, jestem niezwykle zajarana tym produktem i mam nadzieję, że wy również go pokochacie po pierwszym użyciu. A jeśli mieliście już z nim styczność, koniecznie podzielcie się waszymi odczuciami. Dziś post krótko i na temat, w przeciwieństwie do moich ulubionych zazwyczaj tasiemców. Lepiej, gorzej? Piszcie!
Love you,
K.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
dziękuję za Twój komentarz! ♡
jeśli masz do mnie pytanie, zadaj je pod najnowszym wpisem :)