8 sierpnia 2016

filmowo: Neon Demon

Hej hej!

Dziś będzie trochę z innej beczki - postanowiłam dzielić się z wami obejrzanymi ostatnio filmami, żeby wprowadzić na blogu trochę więcej różnorodności. Na pierwszy ogień pójdzie film, który chyba wciąż można zobaczyć w niektórych kinach, a który sama obejrzałam w zeszłym tygodniu. Mowa o "Neon Demon", którego zwiastun przypomniał mi nieco klimat "Czarnego Łabędzia" Darrena Aronofsky’ego. Nie mogłam się bardziej mylić. Zapraszam was na moją recenzję!


Jesse przyjeżdża do Los Angeles, aby rozpocząć karierę modelki. Wkrótce spotyka grupę kobiet owładniętych obsesją cielesnego piękna, które zaczynają żerować na jej młodości i witalności.
reżyseria: Nicolas Winding Refin
scenariusz: Nicolas Winding Refin, Mary Laws, Polly Stenham

(źródło: filmweb.com) 

Od czego by tu zacząć? Nie jestem specem od recenzji, więc miejcie na uwadze, że wciąż raczkuję w tej dziedzinie. Na wstępie powiem, że miałam względem tego filmu ogromne oczekiwania. Liczyłam na trzymający w napięciu do ostatniej minuty dramat psychologiczny o cenie sławy, o ambicji i rywalizacji, o pięknie i możliwych tragicznych skutkach dążenia do perfekcji za wszelką cenę. Dostałam PRZEDZIWNY twór, który wywołał we mnie multum skrajnych emocji, jednak raczej z przewagą tym negatywnych. 

Z jednej strony film skradł moje serce, bo był po prostu był przepiękny. Siedziałam jak zahipnotyzowana, chłonąc kolorową, wystylizowaną do perfekcji produkcję. Mrok i oślepiająca jasność przeplatały się, tworząc zgraną i przede wszystkim przepiękną całość. Krucha, naturalnie czarująca Jesse (Elle Fanning) na tle zoperowanych, pofarbowanych, dopracowanych przez sztab profesjonalistów weteranek swej profesji - "kto wolałby zepsute mleko, gdy może mieć świeże mięso?". Wybrzmiewające w ciszy dialogi bohaterów, próby zrozumienia ich postępowania. Pulsująca, elektroniczna muzyka dopełniała klimatu i czułam, że to może być dobry film. Z drugiej jednak strony boli banalna fabuła - młoda dziewczyna z małego miasteczka, która ma nadzieję na światową sławę w metropolii, musi radzić sobie sama po utracie bliskich, oślepia ją światło reflektorów, a do głowy uderza woda sodowa. Nie można też wspomnieć o odważnych pomysłach reżysera, który nie szczędził sobie ani nagości, ani erotyzmu w każdej możliwej postaci. Jest i kanibalizm, i nekrofilia. Wiem, że Refina trzeba lubić i ma prawdziwie specyficzny smak, natomiast momentami podczas seansu czułam się zdegustowana, a nie jestem specjalnie przewrażliwiona na temat takich obrazów i jestem naprawdę otwarta na nowe filmy. Mimo wszystko gra aktorska niektórych postaci łagodzi moją ocenę. Fotograf (Desmond Harrington, którego wspaniale podsumował jeden z recenzentów na filmwebie, zastanawiając się, czy bohater "ma w planach gwałt, zbiorowe morderstwo, froterowanie podłóg w całej chacie, orgię, wywalenie wszystkich z roboty, czy też zwyczajnie zrobi sesję, co wydawało mi się akurat najmniej prawdopodobne"), zawistne konkurentki (duet Bella Heathcote i Abbey Lee), dwulicowa "dobra przyjaciółka" (Jena Malone) czy rąbnięty właściciel motelu (Keanu Reeves). 

Nie umiem powiedzieć, czy polecam wam ten film. Jest marzeniem estety, spodoba się miłośnikom pschodeli i "dziwnego" kina oraz fanom Refina. Ja na pewno do niego nie wrócę, ale znajdą się i jego fani. 
Jeżeli go widzieliście, jestem niezmiernie ciekawa waszych przemyśleń i opinii. A jeśli nie, to dajcie znać, czy macie zamiar się skusić.
Na dziś to wszystko. Ten wpis jest drugim i ostatnim, który powinien sam się opublikować, więc trzymam kciuki, że nic nie nawali.

Love you,
K.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

dziękuję za Twój komentarz! ♡

jeśli masz do mnie pytanie, zadaj je pod najnowszym wpisem :)