5 października 2019

pomarańcza w czekoladzie - paleta Makeup Revolution Chocolate Orange

Hej hej!

Dzisiaj znów przychodzę z recenzją paletki. Do tego znowu od Makeup Revolution, ale co poradzę - to ich palety stanowią u mnie numer 1 i większość kolekcji. To kolejny wpis z serii "po latach", bo tę ślicznotkę dostałam na urodziny w 2018, a więc już ponad półtora roku temu. Jeśli ciekawi Was paleta Chocolate Orange z MUR, zapraszam do lektury!


Na początek mam dla Was garść suchych informacji o palecie, później przejdziemy do mojej recenzji. Jak większość czekoladek i innych paletek cieni MUR, jej cena oscyluje w okolicach 40 zł. W zestawie dostajemy 16 cieni w ciepłej, pomarańczowo-złoto-brązowej kolorystyce. Wśród nich znajdziemy 6 metalicznych lub perłowych odcieni, spośród których dwa wyróżniają się rozmiarem, oraz 10 matów. Czekoladka jest wykonana całkiem dobrze, ale jak w niemal wszystkich paletach Revolution, po czasie zawias od lusterka się luzuje i już nie utrzymuje na swoim miejscu, tak jak ma to miejsce na początku. Skoro już o lusterku mowa - jest spore i nie zniekształca, więc nieraz zdarzało mi się zrobić w jego odbiciu pełną szpachlę.

W opakowaniu na początku znajdowała się pacynka i folia z nazwami cieni. Oba te elementy praktycznie od razu trafiły do kosza, bo nie ukrywajmy - na co to komu?

Zużycie na zdjęciach nie wydaje się zbyt duże, ale możecie mi wierzyć - paletka (szczególnie wkrótce po dołączeniu do kolekcji) była w użyciu niemal ciągle. Tego typu kolory to jedyne nudziaki, ku którym się skłaniam. Jeśli danego dnia nie mogę sobie pozwolić na róż/błękity/zielenie i inne wariactwa, to sięgam po tego typu "opalone", ciepłe, pomarańczowe nudziaki w towarzystwie złota lub miedzi. Tak, jak już ostatnio wspominałam, zwykłe brązy mnie nudzą i moim zdaniem nie do końca pasują do mojej urody. 


Jeśli chodzi o zawartość palety, to w zasadzie nie mam do niej uwag. Jedyny cień, który nie do końca się spisuje, to ten błyszczący pomarańcz. Ciężko zbudować nim nienaganną pigmentację, a do tego szkli się jak nienormalny. Gdy mam ochotę na tego typu intensywny, metaliczny odcień, sięgam po Eyes Like Angels, o której pisałam ostatnio. Druga drobna uwaga odnosi się do zgaszonego różu w pierwszym i ostatnim rzędzie. Oba kolory są do siebie na tyle podobne, że jeden z nich spokojnie można było zastąpić np. żółcią lub intensywną czerwienią, które pięknie wpasowałyby się w temat przewodni palety. 

Cała reszta prezentuje bardzo wysoki poziom i powiem szczerze, że w efekcie pozbyłam się swojej Death by Chocolate, bo ta kompletnie ją wyparła. Po pierwsze barwami, a po drugie jakością. Cienie z pomarańczki robią dużo lepszą robotę mniejszym nakładem pracy. Maty są niezwykle mięciutkie i pięknie napigmentowane. Rozcierają się szybko i bezproblemowo, dają się stopniować i z reguły nie robią problemów nawet przy bardziej rozbudowanych szpachlunkach. Muszę zwrócić uwagę na różnorodność w palecie. Są i cienie bardziej transferowe, i coś bardziej kolorowego, i coś do nadania głębi lub zrobienia ciemniejszego makijażu. 


Mimo, że nie ma ich w palecie dużo, to metaliki są niesamowite. Wyłączając wspomniany wyżej pomarańcz, są obłędne i bezproblemowe we współpracy. Dwa większe rozświetlacze wydają się podobne, ale nie wiem, czy zamieniłabym którykolwiek z nich na coś innego. Są na tyle różne w tonie, że oba mi się przydają. Ponadto ten ciemniejszy, w prawym dolnym rogu, pięknie wygląda nałożony na twarz jako klasyczny rozświetlacz. Złoto umieszczone na samym początku środkowego rzędu jest wręcz mokre w dotyku i ma genialną pigmentację, jest trochę jak prasowany, bardzo drobny brokat. Ma jednak bazę kolorystyczną, więc dostajemy coś więcej niż tylko błyskotki. Wystarczy wklepać go w powiekę i lekko rozetrzeć granice, a otrzymamy look rodem z Hollywood. Miedź obok jednocześnie jest dzienniakiem, który nie zwraca uwagi i gwiazdą, która robi całą robotę. Złotko w środku jest piękne i idealnie żółto-szampańskie. Cud, miód i fistaszki. 


Skoro już o rozświetlaniu twarzy mowa, to znalazłam dodatkowe zastosowanie dla tych ciepłych matów. Mianowicie, używam ich często w roli różu do policzków. Szczególnie upodobałam sobie czwórkę w prawym górnym rogu. W zależności od charakteru makijażu, stawiam albo na coś bardziej stonowanego, albo na intensywny pomarańcz. Te przygaszone barwy zazwyczaj towarzyszą mi przy bardziej monochromatycznych szpachlunkach, lub wręcz przeciwnie - przy bardzo mocnych lub kolorowych oczach. Po pomarańcze sięgam albo przy pomarańczowo/żółto/czerwonych lookach, gdy zależy mi na harmonijnym wykończeniu szpachli, albo w roli akcentu kolorystycznego przy mniej ciekawym makijażu oka. Zdarza mi się użyć nawet tego ceglanego odcienia w ostatnim rzędzie tuż obok rozświetlacza. 


Podsumowanie będzie szybkie, i pewnie mocno przewidywalne. Czy polecam tę paletkę? Absolutnie tak! Niezależnie od tego, czy jesteście fanami stonowanych makijaży, czy lubicie wrzucić do szpachli akcent kolorystyczny, nie zawiedziecie się. Nie podpiszę się pod stwierdzeniem, że jest to paleta idealna, ale na pewno jej do tego blisko. Dlatego serdecznie Wam ją polecam. 

Jako, że paletkę dostałam w prezencie urodzinowym, z tego miejsca jeszcze raz serdecznie za nią podziękuję. Kto ma wiedzieć, ten wie ♥.

Tymczasem żegnam się z Wami i do szybkiego napisania!



Love you,
K.

1 komentarz:

  1. cała przyjemność po mojej stronie :*
    Cieszę się, że dobrze Ci służy!

    OdpowiedzUsuń

dziękuję za Twój komentarz! ♡

jeśli masz do mnie pytanie, zadaj je pod najnowszym wpisem :)