28 września 2019

anielskie oczka po latach, czyli paleta Eyes Like Angels od Makeup Revolution

Hej hej!

Skoro już odkurzyłam bloga, to na dobry (nowy) początek postanowiłam odkurzyć też jedną z pierwszych palet spod ręki Makeup Revolution, która znalazła miejsce w mojej kolekcji. Mowa o palecie Eyes Like Angels, którą kupiłam już niemal trzy lata temu i do dziś zajmuje ważne miejsce w kosmetykowej szufladzie. Postanowiłam spojrzeć na nią z perspektywy czasu, pokazać Wam zużycie i opowiedzieć o przemyśleniach po tych kilku latach. A jak możecie wywnioskować z poniższego zdjęcia, paletka służyła mi często gęsto i intensywnie, zamiast leżeć i pachnieć. Zapraszam!


Jeśli ciekawią Was swatche i opisy poszczególnych kolorów, to polecam lekturę wpisu z 2016 z multum zdjęć - klik klik

Zacznę trochę nietypowo, bo od końca. 
Czy uważam, że paleta przetrwała próbę czasu i warto wydać na nią te ciężko zarobione ~40 zł? Tak. 
Czy uważam, że to paleta niezastąpiona, samowystarczalna i idealna? Nie.

Z pewnością ciężko odmówić jej urody. Z jej użyciem potrafię stworzyć zarówno delikatny, dzienny makijaż (nie żeby taki mnie specjalnie interesował), jak i coś ciemniejszego i bardziej wieczorowego. Można pokusić się o coś niemalże tęczowego, jak i monochromatycznego. Na pewno zdana jestem na makijaże metaliczne/błyszczące, bo maty zdecydowanie nie są mocną stroną palety. Wręcz przeciwnie - tylko dwa z nich grają u mnie jakąkolwiek rolę. 

To pierwszy aspekt, który nie pozwala mi nazwać tej palety idealną - jest stworzona do współpracy z innymi i stanowi piękne ich dopełnienie. Wiadomo, można nałożyć złoty cień na całą powiekę lub wyjechać kolorowym metalikiem w załamanie, ale musi być to efekt zamierzony. Większość fanów makijażu jednak woli wyblendować granice matem.

Druga sprawa to kwestia pracy z formułą, która znajduje się w palecie. Uogólniając, najlepsze rezultaty osiągam nakładając cienie palcem, wpracowując kolor w powiekę. Konsystencja jest bardzo miękka, przez co niektóre z kolorów mają tendencję do konkretnego osypywania się (zazwyczaj zauważam to przy pracy płaskim pędzlem z ciemniejszymi odcieniami z palety). Skutkuje to też nagminnym "szkleniem" powierzchni, co w mojej opinii dobrze widać na poniższym zdjęciu. Z drugiej strony ta mięciutka konsystencja przekłada się na naprawdę dobrą, wręcz nienaganną pigmentację. Coś za coś. 


Zużycie jesteście w stanie ocenić sami. Zdecydowanie widać, które kolory przemawiają do mnie najbardziej, a które przez te parę lat tknęłam tylko kilkukrotnie. Ulubieńców pozwoliłam sobie zaznaczyć na zdjęciu poniżej. Jak widzicie, wśród wykluczonych cieni znalazły się m.in. ciemne kolorki z lewej strony, bo tych używam sporadycznie, mimo, że ich formuła jest na piątkę. Dodatkowo nie zaznaczyłam jaśniutkich, typowo rozświetlających barw, bo nie są to typy do grania pierwszych skrzypiec w makijażu. Wyleciała też spora część prawej strony - to dlatego, że choć te brązy i złota są absolutnie przepiękne, to już w ogóle nie czuję się w takim neutralnym makijażu. Na koniec wspomnę o kilku cieniach, których akurat nie byłoby mi szkoda wywalić z paletki - mowa o brzoskwini w górnym rzędzie i umieszczonym obok niebieskim/fiolecie, a także leżącym niżej beżu. Dwa z nich to te nieszczęsne maty, o których wspominałam wcześniej. Cała trójka leży komplenie nieużywana, a szkoda, bo niebieski miał potencjał i myślałam że będzie duochromem z fioletowym blaskiem, z kolei maty były by niezwykle pomocne i ładnie uzupełniałyby paletę, biorąc pod uwagę ich odcienie.


Coś, do czego przyczepię się tak o, bo mogę, to rozkład kolorów w palecie. Szczerze mówiąc, często z przyzwyczajenia sięgam po co poniektóre cienie, gdy reszta kompletnie mi umyka. Ten grzeszek dotyczy chyba większości palet na rynku. W lewym górnym rogu widać pamiątkę po próbie wyciągnięcia i ponownego ułożenia kompozycji w palecie. Zrobiłam sobie nawet małą wizualizację i pokażę Wam, jak mogłaby wyglądać paletka w lepszym wydaniu #mistrzphotoshopa.


Czy to nie wygląda dużo bardziej przejrzyście i inspirująco?

Na sam koniec jeszcze drobna uwaga dotycząca zapachu. Od samego początku cienie miały bardzo specyficzny zapaszek, który nieco przypomina jakby plastelinę?, o którym chyba nie wspominałam w pierwotnym poście. Nie jest jednak specjalnie nieprzyjemny, a by go poczuć trzeba wsadzić nochal w paletkę. Niemniej po całym tym czasie zapaszek nie zwietrzał. 

Kilka słów podsumowania:
Pomimo pewnych wad, paletka Eyes Like Angels wciąż pozostaje jedną z moich ulubionych i nie wyobrażam sobie swojej makijażowej kolekcji bez niej. Kilka kolorów w środku jest niesamowicie unikatowych i gdy je wyzeruję (a to nieuniknione), będzie mi ich bardzo brakowało. Wiadomo, nie jest to paleta idealna, ale jest bardzo dobra i te niecałe 40 zł za 32 cienie, z których większość prezentuje naprawdę wysoki poziom, to uczciwa cena. Jeśli przemawiają do Was kolory w niej zawarte, to serdecznie polecam jej zakup! Na oficjalnej stronie Makeup Revolution już od pewnego czasu jej nie widziałam, więc prawdopodobnie będzie wycofywana (?). Dostaniecie ją jeszcze na pewno w polskich drogeriach internetowych. Myślę, czy nie kupić jej sobie na zapas, póki wciąż można ją dorwać. 


Mam wrażenie, że powrót do blogowego flow trochę mi zajmie, bo dzisiejszy wpis zajął mi trzy dni pisania i redagowania. Jednak małymi kroczkami planuję wrócić do dawnej lekkości pióra. Tymczasem żegnam się z Wami i dziękuję za uwagę!

Love you,
K.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

dziękuję za Twój komentarz! ♡

jeśli masz do mnie pytanie, zadaj je pod najnowszym wpisem :)