12 października 2019

moje patenty na rozświetloną cerę, czyli znów Makeup Revolution

Hej hej!

Dziś w ramach krótkiej przerwy od gadania o cieniach, pogadamy o produktach do makijażu twarzy. Pokażę Wam moje kompakty od MUR, których używam do rozświetlania cery i wykańczania szpachli. Opowiem Wam zarówno o tych, które zalegają u mnie już od dość dawna i zdążyły się przewinąć na ajce, jak i o tych, które dołączyły do kolekcji niedawno. Myślę, że nie ma sensu dalej przedłużać, zapraszam!


Zacznę od staruszków w postaci rozświetlaczy Vivid Baked w odcieniach Golden Lights i Peach Lights. Jakiś czas temu dołączył do nich jeszcze Rose Gold Lights. Pierwsze dwa to typowe rozświetlacze, ostatni to już róż. O staruszkach już pisałam w przeszłości (klik klik). Od tego czasu pozbyłam się odcienia Pink Lights, który z perspektywy czasu był dla mnie zwyczajnie za jasny i zbyt biały. Golden Lights wciąż jest dość blady, ale dzięki złotemu błyskowi dużo łatwiej go okiełznać. Peach Lights nie używam zbyt często ze względu na swój żółtawo-oliwkowy ton skóry - tak różowy blask nie zawsze wygląda dobrze. Jednak czasami do koncepcji makijażu pasuje mniej typowy glow, i właśnie wtedy sięgam po ten kolor. Rose Gold Lights ląduje na mojej twarzy prawie codziennie, zamiennie z produktem, o którym opowiem za moment. To przepiękny róż w odcieniu - cóż - rose gold. Jest przepiękną hybrydą różu i rozświetlacza, to znaczy nie skłania się w żadną z tych stron. Widać i kolor, i blask. Wszystkie trzy mają trochę suchą formułę i pylą, ale jednocześnie są dobrze napigmentowane i na dobrą sprawę nie mam się do czego przyczepić.


Najnowszymi świecidełkami w szufladzie są te z serii Reloaded - typowo rozświetlający Raise the Bar i bardziej różany Make an Impact. Pierwszy z nich jest odrobinkę za ciemny przy aplikacji na gołą skórę, ale na podkładzie wygląda już okej. W przeciwieństwie do Golden i Peach Lights, ten daje efekt rozświetlenia od środka, glow jest naprawdę piękny i dość naturalny. Jednocześnie nie oznacza to, że jest mało widzialny - otóż nie, bo można sobie niż zrobić prawdziwe lustro na policzku. Mam na myśli brak większych drobinek i gładką taflę po wpracowaniu w skórę. Make an Impact to już rozświetlający róż. W porównaniu z Rose Gold Lights jest dużo mniej "różany", a dużo bardziej rozświetlaczowy. Daje delikatną mgiełkę koloru i sporą dawkę glow. Jest przepiękny! Na zdjęciach widzicie go jeszcze przed tragedią, kiedy to strąciłam go na ziemię i roztrzaskałam na kawałki </3. Szczęśliwie udało mi się go sprasować z powrotem metodą na czysty spirytus. Dzięki temu mogę powiedzieć, że nawet po takim zabiegu nie traci swoich właściwości. Formuła Reloaded'ów jest dużo bardziej miękka i jedwabista, co przekłada się na mocniejsze pylenie.


Zdecydowanie polecam Wam obie te serie. Reloaded mają szerszą gamę kolorystyczną, ale w linii Vivid Baked znajdziecie kilka ciekawych, mniej typowych kolorów. Obie z nich kosztują około 15 złotych, a tego typu produkty bardzo ciężko wykończyć. Na sam koniec mam dla Was jeszcze swatche i porównanie kolorów.


Na dziś to wszystko! Dzisiejszy dzień nie do końca był moim sprzymierzeńcem, jeśli chodzi o składne wysławianie się, dlatego z góry Was przepraszam za ewentualny bełkot. 

Dajcie znać, czy znacie któryś z tych produktów! Możecie też wspomnieć o swoich ulubieńcach do makijażu policzków. Tymczasem do miłego napisania.

Love you,
K.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

dziękuję za Twój komentarz! ♡

jeśli masz do mnie pytanie, zadaj je pod najnowszym wpisem :)